Andrzej Sosnowski
R.R. (1877-1933)
Nie wiadomo, czy w ogóle wychodzi: czterdziestoletni
zatrudnia lokaja, którego przebiera za siebie, sam
zostaje w domu i pisze, czyta słowniki, pisze, piętnaście
godzin dziennie: moja dusza jest dziwną fabryką.
W przerwach regularnie pali opium, błyskawicznie
okrąża świat: Afryka, Ameryka, Chiny,
Australia, Japonia, Tahiti (w Pekinie
ani razu nie wyszedł z hotelu), Europę
objeżdża roulotte własnego genialnego projektu
z gabinetem, kuchnią, łazienką, służbówką. Nigdy
nie wychodzi z roulotte. Albowiem utwór
nie może zawierać nic rzeczywistego, żadnych obserwacji,
a tylko zupełnie wyimaginowane struktury.
Wybierałem dwa niemal identyczne słowa, np. „billard” [stół bilardowy] i „pillard”
[łupieżca]. Najpierw szukałem słów związanych z „billard”, ale zawsze brałem je w bardziej
odległym znaczeniu. W ten sposób słowo „queue” [kij bilardowy, tren sukni] dostarczyło mi
tren króla Talou. Kij bilardowy posiada często „chiffre” [monogram] właściciela i stąd
„chiffre” [cyfra] na królewskim trenie.
Już dziewiętnastoletni pisze dzień i noc, zasłania okna,
aby słońce wschodzące nad tekstem nie oślepiło Paryża
(Blask mógłby dotrzeć do Chin). Płoną stalówki, gwiazda
spada na brew, gloria tętni jak puls: formidable euphorie,
czułem to, co Tannhäuser czuł na Venusberg. Jada raz
na trzy dni, z tą samą pedanterią (22 potrawy w ciągu
15 godzin) z jaką zmienia odzież: kołnierzyki
przekazuje służbie po jednokrotnym użyciu, garnitury
nosi piętnaście razy. Jego buldog poprawnie
pali fajkę. Jako unikat dla kolekcjonera
przywozi z Indii elektryczny grzejnik, wstawia szybkę
w trumnę matki, aby prowadzić drobiazgowe badania.
Również uczynki R. wynikają z ukrytych kombinacji słów,
biografia jest gramatyką. W niedalekiej przyszłości
nawet sposób, w jaki grałem w berka
zdobędzie powszechne uznanie.
Łączyłem jedno słowo z innym przy pomocy przyimka „à” [do, na, z, w, u etc.]. Przykład: 1)
„Roue” [koło] à caoutchouc [kauczuk]. 2) roue [buńczuczny] à caoutchouc [drzewo
kauczukowe]. Stąd drzewo kauczukowe na okrągłym placu Trofeów, gdzie Talou buńczucznie
postawił stopę na torsie przeciwnika.
Zatem nic nie bywa przypadkowe, choć wszystko
jest arbitralne. Inicjatywa w pełni
należy do słów, gdyż spośród wszystkich snów
najpiękniejsze są sny słów rozkwitające
jak japońskie kwiaty na wodzie: czy autorem „Albatrosa”
nie był beau de l’air? Kto prócz surrealistów
mógł pokochać te gry? Na gruzach Balbeku
Gilbert uderza w słynne nieparzyste sistrum
wielkiego poety Missira (jest sąsiadem Prousta),
na gruzach rojeń o sławie R. systematycznie
bierze barbituraty w zaprogramowanych seriach
(Somnothyril, Soneryl, Rutonal, Declonol, Veriane)
po 40 tabletek dziennie (Mme. Dufréne notuje efekty
w skali od sans euphorie do euphorie
trés grande). Rzuca opium i pije, fanatycznie
gra w szachy (Tartakower pisze trzy studia
o jego wariantach końcówki), składa Nouvelles
Impressions d’Afrique i w jakimś sensie Europa
śni w nim swój najdroższy sen, w tym ostatnim pas
wyzwolonej mowy: Mussolini zwiedza roulotte
i przeciera oczy. Proszę, oto diamentowa wanna
i dżdżownica grająca na cytrze. A to słynne szyny
z cielęcych płucek. Ale w jaki sposób?
W taki sposób: 1) mou [słabeusz] à raille (miałem tu na myśli drwiny uczniów z leniwego
kolegi). 2) mou [płucka] à rail [szyna].
Nie wiadomo, w którym roku zaczął opracowywać
własną śmierć. W 1931 rozpoczyna Jak napisałem
niektóre z moich książek, narzeka, że sukces
przyniosły mu tylko piosenki śpiewane w salonach
i skecze, w których naśladował aktorów, zwykłych ludzi
i Boga. Był to sukces ogromny.
Nie wiadomo, jaka sekwencja znaków
sprowadza go do Palermo, jaka składnia
osadza w hotelu Grande Albergo e delle Palme,
w którym Wagner pisał Parsifala. Pełen smutku, 13
lipca (wigilia Bastylii) bierze zwykłą dawkę prochów,
siedzi przy oknie, ogląda festyn ku czci Św. Rozalii
i eskadry Balbo (o 21.30 pokaz alegorycznych świateł
na łódkach i barkach przed Foro Umberto: rajtar
przejeżdża truchtem po niebie składając ukłon
niewidocznej Amazonce). Cóż, komendy, sztuczne ognie –
Mme Dufréne nie wie, kiedy zamyka na klucz drzwi
łączące ich pokoje (nigdy tego nie robił), kiedy otwiera
drzwi na korytarz, kiedy wlecze ciężki siennik
pod te zamknięte drzwi. Rano
ciało spoczywa na sienniku, prawa ręka
jest wyprostowana, wskazujący palec
sterczy w stronę zamkniętych drzwi.
(Zagadka, mówi Hölderlin, pochodzi z czystego źródła.)
W 1974 roku fragmenty tekstów Roussela opublikowała „Literatura na świecie”. Tam też znalazł się esej Cezarego Rowińskiego pt. „Przeźroczysty świat Raymonda Roussela, czyli słowa i rzeczy”, który w 1979 roku pod zmienionym tytułem został przedrukowany jako posłowie do powieści Locus solus w przekładzie Anny Wolickiej. Tę samą powieść PIW wznowił w 1998 roku (tym razem posłowie napisał Andrzej Sosnowski, który cztery lata wcześniej w tomie Sezon na Helu umieścił wierszowaną „biografię” Roussela pt. „R.R.”). W 2001 ukazała się monografia Michela Foucault pt. Raymond Roussel. Rok wcześniej „LnŚ” wydrukowała esej Harry’ego Mathewsa i Georgesa Pereka „Roussel i Wenecja. Zarys geografii melancholicznej”. Prawdziwy wysyp materiałów o RR miał miejsce w ciągu ostatnich dwóch lat. Najpierw Bogdan Banasiak opublikował książkę pt. Słońce ekstazy, noc melancholii. Rzecz o Raymondzie Rousselu, która zbiera jego szkice publikowane od 1988 roku w różnych pismach. Następnie „Literatura na świecie” przygotowała monograficzny numer o jego twórczości, a ostatnio ukazały się Dokumenty mające służyć za kanwę, ostatnia (nieukończona) powieść Roussela, w świetnym tłumaczeniu Sosnowskiego.
Bibliograficzny komentarz: Grzegorz Jankowicz