Gra
Od 08.06.2010 uruchamiamy konkurs pod hasłem "Podwodna Sestyna", wpisujący się w klimat mundialu 2010. Najciekawsze propozycje uhonorowane zostaną nagrodą finansową w wysokości 100 zł oraz nagrodami książkowymi. Konkurs trwa do końca września 2010 roku.
Wybierz po jednym słowie z każdego kolejnego rzędu. Podaj swój e-mail. Na twoją skrzynkę system prześle 6 słów, na podstawie których należy stworzyć sestynę.
Zwycięskie sestyny:
edycja grudzień 2009
Urszula Policha.
Studentka resocjalizacji. Mól książkowy. Zwolenniczkaostrych cięć w poezji. W wolnych chwilach puszcza bańki mydlane i lepi
słowa. Zwyciężczyni bitwy na 7.
W Klubokawiarni
Zwykła przepychanka kilku głosów. Słowny Bilard.
Staram się złożyć ją. Niezbędnik – Klej.
Każde słowo nawodnione jak Melon –
z soczystości dzikiego snu przebudzony smok.
A słowa i zdania to niewierna dama,
co uruchamia mechanizm znaczeń – Roussel.
Wyrazy stają się obsesją. Roussel –
owskich tajemnic pointa rozbiciem kul. Bilard
znaczeń i westchnień. Gestykuluję jak dama,
i zmrużone mam usta. Klej
czyni z nich tajemnicę. Są jak smok,
który chowa się w pieczarze. Przegryziony na stole on. Melon
zielonomieniący się. Melon
przybiera postać nabrzmiałego pojęcia „Roussel”,
co przebiega kwestią jak gramatyczny smok.
Spory nierozegrane. Bilard.
A smutni Panowie zdmuchują kosmyki z czół lepkich. Klej,
kiedy nie patrzy dama.
Rozkojarzona jest dama,
gdy spada gest mężczyzny jak Przejrzały Melon.
Iks. Igrek. Zet. Połączone. Na. Klej.
Słowa, zagadki i Roussel.
Po trzeciej ćwiartce powtarzane zdania. Bilard,
gdy w snach już tylko ziejący smok.
Narysowany na romansowej szybie smok,
a przy drewnianym stole dama
rozpoczyna swój Uwodzicielski Bilard,
Ubierając usta w słowa nabrzmiałe jak Melon.
Szepcze słodkie tajemnice przy roznegliżowaniu zdań. Roussel
mlecznobiały. Klej.
Łączy wilgotne skóry. Klej
za powiekami zmęczony słowny smok
na przymglonych korytarzach Roussel –
a przy tym śmiejąc się dama
do luster pozorów i przypadkowych dotknięć miękkich. Melon
toczący się po stole. Bilard
wątków. Bilard palących obietnic. Klej -
one kuszą jak w Jego dłoniach. Melon wyssany ze słów to smok
wyszyty na piersi. To barowa dama. WÓDKA PLUS ROUSSEL.
Robert Rusik
ur. w 1973 roku w Olkuszu, W 1998 roku ukończył studia na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Debiutował miniaturą "Show" zamieszczoną w 29 numerze magazynu literackiego "Szafy", publikacje na łamach czasopism „Cegła” i „Kozirynek”. Otrzymał też wyróżnienie w konkursie satyrycznym „Złoty bucior”oraz konkursie „Strachy na Lachy”, główną nagrodę w II Starciu Literackim „Mroczna Miłość” portalu erynie.pl a także w konkursie „Miniatoricum” organizowanym przez portal weryfikatorium.pl.Phonotypia
Zostawiam za sobą kości, poker,bilard,
Nie dla mnie od teraz już ruletki koło.
Przy nabrzeżu czeka moja "Phonotypia",
Czas płynąć... Choć czekać będzie wciąż pasterka,
O nogach jak łania, o włosach jak sepia,
Inną miłość spijam... Bezkresne podróże...
Tak! Trójkątny żagiel, samotne podróże,
Rzucany przez fale, niczym morski bilard,
Zbuntowane morze, nieboskłonu sepia,
delikatnie skręcam sterownicze koło.
Zniknęła w niebycie powabna pasterka,
Serce me zajmuje tylko "Phonotypia
Żona i kochanka, moja "Phonotypia",
Szepty wiatru w żaglach, intymne podróże.
Nigdy nie da tego mi moja pasterka...
Fala pieści falę, oceanów bilard,
Przesiąknięci sobą zataczamy koło,
Na zewnątrz bałwany, a pośrodku sepia.
Ciało me lekko drżące, dusza niczym sepia...
Pędzi naprzeciw sztormom, dzielna "Phonotypia".
Skarbie! Kurs na północ! Tam lodowe koło!
Niechaj trwają przez wieki cudowne podróże,
W miejsca, gdzie lodowców trwa śmiertelny bilard,
Mrok, którego nie zna przepiękna pasterka.
Wie, że do niej nie wrócę, samotna pasterka,
O skórze jak jedwab, o oczach jak sepia.
Gdy rozgrywaliśmy nasz miłosny bilard,
Przy brzegu czekała tęsknie "Phonotypia"
Jak spragniona kochanka... Ruszamy w podróże.
Pędząc ku szaleństwu pieszczę steru koło.
Gdy historia zatoczy swe posępne koło,
W innym porcie czekać będzie znów pasterka,
A my wyruszymy w dalekie podróże,
Na morski kobierzec, czarny niczym sepia,
Ja i ma kochanka, wierna "Phonotypia",
Zagramy z kostuchą w jej śmiertelny bilard.
Poker, kości, bilard, i ruletki koło, w porcie "Phonotypia"...
Zostanie pasterka o oczach jak sepia... Przede mną w nieznane
Kolejne podróże...
Szymon Stoczek
urodzony w Rybniku, studiuje we Wrocławiu Filozofię, pisze prozę i poezję. Chwilowo nie ma nic więcej do dodania.Parter, pierwsze piętro
Pierwsze słowa przechodziły przez nas z trudem. Wspominam refreny
dyskotekowych kul( ten sam odcień błękitu, szare korale). Parkiet
był wygrawerowany cudzymi krokami, nim słodka ogrodniczka
nie stała się tobą. W kostnicy
nie zakwitł bluszcz, a żongler
przestał wreszcie kraść papierosy Gilette
a zaczął kraść samą Gilette.
Pamiętasz? Wiecznie słyszę te same refreny
miłość, śmierć, stół odgłosy upadku piłeczek, które zbiera żongler.
Szuranie krzeseł o parkiet,
kiedy robi się miejsce i robi się cicho jak w kostnicy,
nim ty, piękna ogrodniczka,
nie wyrwiesz mnie z korzeniami. Wstaje, tańczę. - Kim jest ogrodniczka
- pytają, a my wirując pozostawiamy ich z pyłem (tylko Gilette
zna prawdę o bogach konfetti). W kostnicy
zmarli powtarzają sonety, refreny
z okolic czaszki. -Parkiet
to gra dla obu półkul - twierdzi naćpany żongler,
kiedy ludzie powoli dzielą się znów na dwoje, a żongler
odsuwa się na pobocze rytmu. Ogrodniczka
stukając nóżką, prosi do tańca. Parkiet
to winylowa płyta - szepczą pary trzęsąc biodrami. Gillete
rysuje igłą przestrzeń, burzy refreny,
linie melodyczne katakumb (w kostnicy
kochankowie wydmuchują szklane serca, w kostnicy
dzieci szkicują innych dorosłych.) Żongler
zaciera znaki, samopowtarzalne refreny:
miłość, śmierć, stół . Zdziwiona ogrodniczka
zasypia w tańcu. Gilette
wreszcie wychodzi na parkiet,
drażni obcasem parkiet.
W kostnicy
nie milkną dzwony. Gilette
zatacza elipsy, żongler
dotyka jej piłeczek, a ja już wiem, że następna będzie ogrodniczka
(przeplatane z dotykiem refreny
języczka, refreny rozpiętej garsonki). Ten parkiet
to już nie moje miejsce. Ogrodniczka zamyka się w kostnicy,
Żongler odpala ostatni papieros Gillete.
edycja styczeń 2010
Justyna Paluch
Ostrość
Na domach jeszcze wiszą sople,
straszą troskliwe matki. Mgła
śni się ich dzieciom i budzi lęk, kiedy zima
na dobre wybucha w zamieci.
Dzień zmienia się jak oczy niemowlęcia i szybko
zasypia, by wstać niemożebnie
cicho. Śnieg oślepia bez trzasku, za oknem niemożebnie
ciasno. Wszędzie te sople –
śmiertelne stożki, więc byle szybko
przemknąć bez niepotrzebnej myśli. Z ust ciepła mgła
układa się w koncert i daje po uszach w zamieci.
Będzie z tego dziura w dachu. Pierwsza zima
z takim mrozem, to dobra zima
na początek życia. Dziecko, gdy śpi, niemożebnie
zaciąga się światem, jak bałwan w zamieci.
Widzi światło, a potem sople
i jeszcze nie wie, czy to tylko mgła,
czy ten widok dostanie się w jego rączki wystarczająco szybko.
Naprawdę szybko
myśli dziecko, któremu dopiero co przyśniła się zima,
bo każda godzina snu to rozwiana mgła;
nowo poznany obraz i dźwięk, niemożebnie
długo wysysane z palca słowo, jak sople,
spomiędzy których słońce wyciska uśmiech, na przekór światu w zamieci.
Chociaż w zamieci
czasem widać tylko czubki własnych butów i szybko
się można przyzwyczaić, że ludzie znikają jak sople.
Samotność, jak przy narodzeniu albo śmierci, zupełna zima.
Choć wokół pełno rąk i nóg, wyczyniających gesty niemożebnie
bezradne w swojej samotności, nad którą ciągle ta mgła,
wygodna mgła,
bo własną prawdę zawsze lepiej ukryć w zamieci.
Ale te sprawy zupełnie nie obchodzą niemowląt, niemożebnie
zaczajonych na świat. Im się wydaje, że szybko
można dostać wiele i nie przeszkadza w tym zima
ani obluzowana rynna, ani dach uginający się od śniegu, ani sople.
Czy to w ogóle sople? Na początku życia wszystko przysłania mgła
i nieważne, jaka pora roku, bo to ciągle zima w zamieci.
Na szczęście niemożebnie szybko łapiemy ostrość dna.
Rafał Kwiatkowski
EROS I THANATOS ŚCIELE SIĘ GĘSTO
Joan was quizzical,
studied pataphysical
Science in the home.
- The Beatles
Zagraj ostatni raz. Powiedzmy, kondolencje przypominające śnieg,
który sypie, na ciebie i mnie, fruwające ptaszki, smętny jak grabarz.
Uzyskaliśmy dystans. Robimy to kupę lat, ale i tak wpadamy w zaspy.
Tyle rzeczy domowej roboty. Skonstruowaliśmy specjalny wachlarz,
sprawdza się nawet teraz, gdy wymachujemy każdym słowem, wściekle
przywołującym wspólne i nachalne może,
tyle nachalnych przypuszczeń, może jest stosunkowo za zimno, może
najwyższa pora olać pismo, nie specjalnie lubię wyrazy białe jak śnieg,
nagle ktoś wpada, na co reagujesz poniekąd jak kierowca, wściekle,
albo spokojnie jak Seneka bez jaj , albo jakiś wykonujący nadgodziny grabarz
chwilę przed zjazdem. Zostawiasz za sobą cały ten wybielony wachlarz,
prując jak idiotka przez świństewka i zaspy.
Będzie dobrze, wszyscy ogłuchli, nagły wysyp ochów i achów tłumią zaspy.
Brakuje nam relacji. Nikt nie myśli o stosunku, zazwyczaj każdy kto może
odlatuje stąd jak najszybciej i spełnia się w tym kadrze jak atrakcyjny wachlarz.
Można prościej. Wystarczy, że odgarniesz z czoła niegdysiejszy śnieg
i posprzątasz po sobie z dokładnością, której nie powstydzi się sam grabarz -
po setnym wykopie nie reaguje już tak wściekle -
mówię do wymówienia a ty swoje "nie teraz, nie wypada, przestań" tak wściekle
jakby można było zatrzymać coś więcej, powiedzieć więcej i przeskoczyć zaspy.
Pf, esse est percipi, widzisz? Przyozdabiający głowę czarnym sombrero grabarz
z niecierpliwością oczekuje końca tej hecy, albo ktoś kto chce, ale już nie może
zjeść bułki z mortadelą, jeszcze gdzieś dryndnąć, bo wpadł po uszy w śnieg.
Później rozkładasz nogi i widzę cały wachlarz.
Powtarzasz bez dwóch zdań znany od średniowiecza, więc zużyty wachlarz.
Relacje, przyjaźń, obligacje. Mam kilku znajomych, którzy utknęli i wściekle
wymachują kurwami próbując się wydostać ponad leżący wszędzie śnieg.
Och przewodniku w pośpiechu mylimy trasy, zaspani wpadając w zaspy,
z pewnością przygotowane już wcześniej przez nas samych być może,
pasujące do zacierania śladów jak grabarz
srający w krzakach chwilę przed końcem, ach zaprawdę prawdziwy grabarz,
właśnie ten oczekiwany, otwarty na każdą propozycję, niezbędny jak wachlarz
jedyny, nasz, orzeźwiający trochę, bo może ktoś akurat sięgnie po może
otwarte jak dzieło bardziej otwarte niż na pewno, podane zazwyczaj wściekle,
jako jedyna prawda z tym nieustannym wrażeniem jakby wpadło się w zaspy
pod jednym dachem, gdzie nie pada śnieg.
Wreszcie upragniony szum, koniec transmisji, na ekranie śnieg,
każdy wstaje i opuszcza ten teatr, jeśli tylko może
przekroczyć wyraźnie zarysowane u progu zaspy.
edycja luty/marzec 2010
Mariusz Cezary Kosmala
WYSKOIE LOTY
Lecieliśmy pół roku (przed nami Kuopio),
ja, Goldi
i Benkowič.
W komorze kriogenicznej śniła mi się matura
i zaśnieżone pejzaże Hoth – akurat pod narty –
ale sen przerwała aparatura
wybudzająca, cholerna aparatura,
gdyż wchodziliśmy już na orbitę Kuopio,
gdzie ani grama śniegu pod narty
nie uświadczysz. Po przebudzeniu Goldi
jak zwykle zapalił papierosa – jego matura
była okupiona papierosami – zresztą i Benkowič
zapalił, i ja również, tyle że Benkowič
się nie zaciągał – aparatura
jego płuc będzie zdrowsza. – Ach, ta matura –
westchnął, patrząc przez iluminator na Kuopio,
Goldi
i zaraz dodał, że takie góry są wprost idealne pod narty.
– Ba, ale jak pod narty,
skoro to gołe skały i regolit! – żachnął się Benkowič.
– Panowie, panowie! – wrzasnął naraz Goldi. –
Aparatura
wskazuje, że po południowej stronie Kuopio
matka matura
tfu! matka natura znaczy się, a nie matura,
obdarowała te nienadające się pod narty
skały bogatymi złożami. – Czyżby więc Kuopio?
Na takim zadupiu? Benkowič,
zobacz, czy aparatura
połączy się z naszymi. I niech Goldi
wyliczy trajektorię! – Ech, ten Goldi
i ta jego cholerna matura,
nerwy mu wtedy zdechły jak nasza aparatura
teraz, lecz już po wszystkim przez tydzień pod narty
wgarnialiśmy kilometrowe równiny Hoth. Benkowič
nawet ustrzelił wapmę. A tutaj na Kuopio
zero śniegu. Dlatego Goldi przeklina Kuopio
jak ktoś, komu nie poszła matura. A aparatura
wciąż nam brzęczy. – Jakby kamień wpadł pod narty – skwitował Benkowič.
20 – 23 III 2010
>równożędnie 2 nagrodę: książki wydawnictwa Czarne, WBPiCAK, SPP Wrocław oraz publikację na portalu www.roulotte.pl otrzymują Panowie:
Marcin Śierszyński za tekst:
CZWARTE MIEJSCE
Podróżując po rubieżach Europy wstąpiłem do Kuopio,
gdzie przywitała mnie piękna Goldi.
Opowiadała naprawdę krępujące rzeczy. Był w nich Benkowic.
Że stanął mu na drodze Matura.
Zaiste, interesująca to lektura.
W mym ręku znalazła się nagle bula.
Wcisnęła mi ją piękna. Ta bula
była w samym centrum Kuopio,
zupełnie jakby wsiąkła ją lektura.
Och, nadobna, powabna Goldi!
A czy przed tobą nie jawi się matura?
"Skądże, ja lecę przecież przed szkołą jak Benkowic."
Co ci zrobił ten Benkowic?
Uderzyła cię bula
kierowana jego ręką? Nieudana matura?
Wieczór minął w Kuopio.
Nocą przyznała się przede mną Goldi,
że zachwyciła ją pewna lektura.
"Jakaż to lektura?"
Podobno występował w niej Benkowic.
Moja mała, słodka Goldi,
to cię pierdolnęła bula
i minęła noc w Kuopio.
Przed tobą już tylko matura.
"Widziałeś, jak skakał Matura?"
"Nie, zafrapowała mnie owa lektura."
Faux pas, nie wiedziałem. Piłem wtenczas w Kuopio.
"A zaraz po nim skakał Benkowic."
Wolałem popatrzeć jak toczy się bula.
Zaczynam cię lubić, wiesz o tym, Goldi?
Ach, czy ty w ogóle nazywasz się Goldi?
I czy aby przed tobą jeszcze matura?
Chciałem w to wierzyć, gdy jeszcze sunie ospale bula,
a ty mi mówisz "Zachwyciła mnie pewna lektura".
Nad ranem poderwie cię Benkowic,
a ja odjadę samotnie z Kuopio.
W tym pięknym Kuopio zdarzyłaś się - śliczna Goldi,
w miejscu gdzie Benkowic walczyć chciałby o podium. I Matura.
Smutną jest ta lektura. Ranek nastaje, odsuwa się twoja bula.
oraz Filip Pietrek za:
ROZCZAROWANIA ZAKOPIAŃSKIE
Wszystko zaczynamy od nowa w Zakopcu.
De Gauille, Vermeer, Göldi
(czy Goeldi?), oni wszyscy zostali w domu. Benkovič
jest władcą historii odkąd matura
rozluźniła chwyt. Jedyna lektura
obowiązkowa to klasyfikacja skoczków. Start z siódmej belki.
Z wysokości tej siódmej belki
widać wszystkie pary w Zakopcu,
nawet nas. Znasz Kuryluk? Obłędna lektura,
ale przydałby Ci się taki chomik Goldi,
prawda? Coś, widzę, trapi mocniej niż Jan Matura
na rozbiegu... widziałaś? Tam był Benkovič.
Nie było jakiegoś poety nazwiskiem Benkovič?
Więc zaczną skakać o siódmej? Belki
był poetą, pomyliłem, pisze się Buellqui. W końcu matura
z polskiego. Poza tym – jesteśmy w Zakopcu,
tutaj ci wszyscy - Tetmajer, Kasprowicz, Goldi,
to znaczy Tomasz Karolak. „Ciało” oglądałaś? Lektura
Scenariusza powaliła Koneckiego. Ja wolę jak lektura
głaszcze, nie powala. Posłuchaj: „dla Ciebie mogę skakać jak Benkovič,
uważnym być jak Goldi,
zawisnąć i u sufitu siódmej belki,
jeśli zechcesz, miła, w Zakopcu.”
Znów ta matura...
„Spójrz tylko, spójrz - bardzo się staram, bo choć matura
jesteś tak ważna, jak obowiązkowa lektura!”
Tak pisze poeta w Zakopcu.
Gdzie ten Benkovič?
Miał skakać o siódmej. Belki
obniżyli, ale i tak Goldberger „Goldi”
Szans nie ma. Spadaj, Goldi!
Na bok Matura!
On dosiadł już siódmej belki,
szukam Cię dłonią, lektura
upuszczona pod nogi. Teraz wszystko nazywa się Benkovič.
Wybiła godzina „W”. „Zakop cu-
deńko! tfu! Skacz cudeńko!” W Zakopcu nie tylko Benkovič
runął z siódmej belki. Miałem być jak Twój Goldi,
jestem uciążliwy jak lektura z obowiązku, jak nasza cotygodniowa poprawkowa matura.